• Nasz absolwent pisze

  • Nasz absolwent pisze

          • 27.04.2026
          • Maj, miesiąc 'Batorego'!

          • Witam, maj jest u nas zdecydowanie miesiącem starego, motorowego 'Batorego' (w maju położono pod ten statek stępkę i w maju liniowiec wyszedł w pierwszy regularny rejs) - zatem opowieść  o załodze starego 'Batorego', ratującej Holendrów z pewnego sporego masowca na Atlantyku, jest w maju najzupełniej na miejscu.
             
            Pozdrawiam -
             
            Wasz wmw ♍🙂👍
             
             
            ==========================
            'Batory' ratuje rozbitków
             
            Trzynastego stycznia 1967 roku m/s 'Batory' (1936, ca. 14.300 BRT) opuścił Gdynię. Pod dowództwem kpt. ż. w. Jerzego Pszennego (1923-2019) udawał się do Kopenhagi i Londynu po duńskich i brytyjskich turystów. Miał ich zabrać w rejs wycieczkowy na wody zachodnioindyjskie.
            W dziesiątym dniu tego rejsu transatlantycki 'wycieczkowiec' znajdował się o 150 Mm na zachód od Wysp Kanaryjskich.
            W tym samym czasie na oceanie, około stu Mm na północny wschód od 'Batorego', rozgrywała się tragedia.
            Jej ofiarą padł spory, motorowy  ropo-rudowiec 'Jacob Verolme' (wielkością porównywalny z naszymi 'Ziemiami'), statek o nośności dwudziestu paru tysięcy ton, który często zawijał do polskich portów. Jego załoga liczyła czterdzieści parę osób, a kapitanem był W. D. Kruyer.
            W brazylijskim porcie Vittoria zbiorniki 'Jacoba Verolme' zostały opróżnione z ropy; statek zabrał następnie przeznaczony dla holenderskich hut ładunek rudy żelaza. Był to ładunek niebezpieczny: ciężka ruda nie wypełniała sobą całej przestrzeni ładowni, co w czasie sztormu groziło przesunięciem się ładunku na jedną z burt. Nadto niektóre ładownie frachtowca  pozostawały puste, jako że ruda jest znacznie cięższa od ropy. W czasie rejsu zaszła konieczność wykonania w jednej z pustych ładowni małej naprawy z użyciem aparatu spawalniczego. Dwudziestego drugiego stycznia, zaraz po śniadaniu, zajęli się tym czwarty mechanik i jeden ze smarowników z załogi 'holendra'.
            W pewnym momencie załogę statku poderwał na równe nogi potężny wybuch w ładowni, w której pracowali obaj wspomniani ludzie.
            Statek zatrząsł się i zakołysał; w niebo strzeliły języki ognia.
            Po chwili ze zrujnowanej wybuchem, płonącej ładowni z trudem wypełzł ciężko ranny człowiek, w którym rozpoznano smarownika.
            Obawiano się, że nieszczęsny mężczyzna przypłaci pracę z palnikiem w nie do końca odgazowanej ładowni całkowitą utratą wzroku.
            Drugi członek załogi, czwarty mechanik, zginął na miejscu.
            Statek doznał poważnego uszkodzenia poszycia dna. Do kadłuba zaczęła wdzierać się woda; masowiec znacznie przechylił się na jedną z burt. Ciężki ładunek zaczął się niebezpiecznie przesuwać.
            Kapitanowi Kruyerowi nie pozostało nic innego, jak tylko zarządzić opuszczenie pokładu skazanego już na zatonięcie 'Jacoba Verolme'. Szybko zwodowano cztery szalupy i ewakuowano wszystkich żyjących członków załogi masowca.
            Tymczasem statek w pewnym momencie przestał się przechylać, pozostając w niecodziennym położeniu.
            W niedzielę 22 stycznia 1967 roku radiooficer na 'Batorym' odebrał sygnał SOS, nadany przez radiotelegrafistę tonącego 'Jacoba Verolme'.
            Kapitan Pszenny natychmiast zarządził zmianę kursu. Wycieczka zmieniła się w wyścig z czasem: chodziło przecież o ratowanie życia ludzi.
            Motorowiec ruszył całą naprzód, a dysponował dwoma wielkimi dieslami o niebagatelnej mocy ponad dwunastu tysięcy KM, mogąc rozwijać w razie potrzeby prędkość do osiemnastu węzłów. Każdy obrót obu śrub zbliżał transatlantyk do oczekujących ratunku Holendrów.
            Odebrane wezwanie pomocy i przygotowania do akcji ratunkowej zelektryzowały pasażerów statku.
            Na pokładzie podniesiono bomy nad drugą ładownią; za burtę wywieszono specjalne siatki, mające pomóc rozbitkom wejść z łodzi na pokład liniowca; do zwodowania przygotowano też motorówkę transatlantyka.
            Od tej chwili pasażerowie nie schodzili z pokładu. Poszły w ruch wszystkie posiadane przez nich lornetki.
            Z początku myślano, że to rutynowy alarm ćwiczebny 'człowiek za burtą!' i poszukiwano na powierzchni morza bojki, mającej imitować tego 'człowieka'. Jednak wkrótce oficer rozrywkowy liniowca, w porozumieniu z kierownictwem statku, ogłosił przez okrętową rozgłośnię, że tym razem to nie są ćwiczenia, i że 'Batory' naprawdę idzie na pomoc rozbitkom.
            Teraz wypatrywano już nie bojki, a szalup z Holendrami. Każdy chciał dostrzec je pierwszy.
            Tego samego chciała też załoga. Na statku ogłoszono alarm, ze zdwojoną czujnością pracowali obserwatorzy.
            Szalupy dostrzeżono około czternastej czasu pokładowego.
            Uwijał się nad nimi samolot  wojskowy z amerykańskiej bazy na Azorach. Przeleciał nad 'pasażerem', a po chwili z maszyny wyskoczyli na spadochronach dwaj komandosi w strojach płetwonurków. Wyłowiono ich do jednej z dwóch bliższych statku szalup - tej, na której znajdował się ciężko poszkodowany smarownik z 'Jacoba Verolme'.
            Polski liniowiec był tuż-tuż; przy wspaniałej (na szczęście!) pogodzie rozpoczęto wyciąganie rozbitków z szalup.
            Błyskawicznie zwodowano motorówkę 'Batorego'. Dowodził nią starszy oficer statku, kpt. ż. w. Krzysztof Meissner (1931-2020), a zadaniem załogi było przyholowanie do burty 'pasażera' najbardziej oddalonej łodzi 'holendra'.
            Znajdowało się w niej tylko dwóch skrajnie wyczerpanych rozbitków. Pomoc nadeszła w sam czas!
            Podejmowanych z łodzi rozbitków wciągano na statek przez otwartą furtę garażową 'Batorego'.
            Pasażerowie polskiego liniowca - wśród których byli zarówno znający morze od podszewki Brytyjczycy, jak i Duńczycy (potomkowie Wikingów!) - obserwowali działania kapitana Pszennego z uznaniem.
            Rozbitków z przewróconego 'holendra' przyjmowali przy otwartej furcie garażowej dwaj lekarze - etatowy z 'Batorego' i jeszcze jeden, podróżujący akurat na liniowcu jako turysta. Pomagały im pielęgniarki i steward szpitalny.
            Wszyscy rozbitkowie oraz obaj komandosi bezpiecznie znaleźli się na motorowcu. Podniesiono na pokład również wszystkie cztery szalupy 'Jacoba Verolme'.
            Na 'Batorym' natychmiast fachowo zajęto się rannym smarownikiem. Groziła mu całkowita utrata wzroku, ale Holender miał swój łut szczęścia w nieszczęściu.
            Rannego należało jak najszybciej przekazać w ręce lekarzy na lądzie, więc statek ruszył całą naprzód ku najbliższemu lądowi, to jest - ku Wyspom Kanaryjskim.
            Agent armatora w Las Palmas poinformował przez radio kapitana Pszennego, że liniowiec może wejść do portu w Santa Cruz de la Palma.
            Zaalarmowane przez Polaków hiszpańskie władze stanęły na wysokości zadania, robiąc wszystko, co było w ich mocy, by uratować wzrok rannemu.
            Pędząc co sił w maszynie, transatlantyk dotarł do celu, by 23 stycznia o wpół do drugiej w nocy czasu miejscowego wejść na redę portu.
            Rannego Holendra natychmiast wyokrętowano na motorówkę portową i bez przeszkód przewieziono do miejscowego szpitala, gdzie poddano go leczeniu.
            Dzięki wspaniałej pracy wielu ludzi smarownik nie został ociemniałym na resztę życia.
            Po wyokrętowaniu rannego pokład 'Batorego' po kolei opuścili pozostali członkowie załogi 'Jacoba Verolme'.
            Polscy marynarze przyjęli i ugościli kolegów serdecznie; niejeden z nich na pewno zachował polski liniowiec i jego załogę we wdzięcznej pamięci.
            Przed opuszczeniem 'Batorego' kapitan 'Jacoba Verolme' mocno uścisnął dłoń kapitana Pszennego.
            Z redy kanaryjskiego portu nasz liniowiec ruszył do Port of Spain na Trynidadzie.
            Po drodze radiooficer statku odebrał dwie depesze z serdecznymi podziękowaniami za ratunek: jedną z nich przysłał kapitan Kruyer, drugą - sam uratowany smarownik.
            Na Trynidadzie z pokładu 'Batorego' zeszli, serdecznie pożegnani, obaj amerykańscy komandosi.
             
            Tak zakończyła się ta znakomita akcja polskiego liniowca. Jego kapitan, wszyscy oficerowie i cała reszta załogi wspaniale zdali niełatwy egzamin.
             
            W M Wachniewski
             
            Źródło - "Gryf" 11 z 1986 roku
             
            UWAGA: Motorowiec 'Jacob Verolme' nie zatonął bynajmniej od razu. 
            Uparty wrak 'holendra' pozostał na powierzchni; z czasem przewrócił się do góry dnem. Dryfował w kierunku szlaków żeglugowych, stanowiąc poważne zagrożenie.
            Jego armator próbował najpierw uratować swój masowiec, ale okazało się to nieopłacalne.
            Ostatecznie dryfujący do góry dnem kadłub 'Jacoba Verolme' zatopiono przy użyciu silnych ładunków wybuchowych w marcu 1967 roku.
            Przygody pechowego masowca zostały szeroko opisane, między innymi na stronicach pewnej książki o katastrofach morskich, wydanej w NRD w 1985 roku (D. Ejdelman, 'SOS, Schiff und Mensch in Not').
            Winą za utratę masowca władze obciążyły jego ostatniego kapitana, uznając, że dopuścił do prowadzenia prac spawalniczych w ładowni,  nie sprawdzonej pod względem bezpieczeństwa.  Doprowadziło to do eksplozji, śmierci członka załogi i utraty statku. wmw ♍🙂👍
          • Wróć do listy artykułów